Aktualności

Andrzej Duda bardziej samodzielny w drugiej kadencji? Dopiero gdy PiS przegra

W czwartek prezydent Andrzej Duda po raz drugi będzie przysięgać na konstytucję. Czy w kolejnej kadencji będzie bardziej samodzielny? Choć poparło go 10,5 mln wyborców, bez PiS jest zaskakująco samotny.

– Jednym z podstawowych oczekiwań jest to, by odbudować wspólnotę. Ludzie marzą o wspólnocie z czasów pierwszej „Solidarności”. Dlatego dla ludzi o odmiennych poglądach proszę o wzajemny szacunek – mówił pięć lat temu w Sejmie prezydent Andrzej Duda.

Teraz o tworzeniu wspólnoty, tworzeniu koalicji polskich spraw mówił już w czasie wieczoru wyborczego. Między tymi dwoma wezwaniami minęło pięć lat, w ciągu których prezydent dla budowania jedności nie zrobił niemal nic.

Gdy obejmował swój urząd, nawet po stronie szeroko rozumianego centrum młody dynamiczny polityk budził pewne nadzieje. Marcin Meller w „Newsweeku” pisał do „zestrachanych” tym wyborem, że Andrzej Duda jest pierwszym politykiem PiS, którego Jarosław Kaczyński nie może odwołać. Dziś wielu myślących podobnie wyborców czuje się oszukanych. Przez pięć lat prezydent pokornie zaprzeczał swojej roli strażnika konstytucji. Jego uległość wobec Jarosława Kaczyńskiego i PiS budziła zażenowanie nawet w otoczeniu prezydenta. Krótkotrwałe przypływy odwagi i bunty kończyły się zwykle kompromitującym odwrotem – jak choćby w przypadku inicjatywy referendum konstytucyjnego. Dziś, po pięciu latach, takich nadziei jest zdecydowanie mniej.

Prezydent jest samotny

Choć tytuł wywiadu dla „Do Rzeczy” brzmiał „Druga kadencja będzie inna”, z treści wynikało, że prezydent z tej pierwszej był bardzo zadowolony.

W tym czasie mocne spadki popularności odnotowywał w czasach konfliktu z PiS i weta do ustaw sądowych z 2018 roku, które raczej wynikało z tego, że walczył o swoją pozycję, a nie o państwo prawa. Inny moment, gdy jego popularność została zachwiana, to początek kampanii wyborczej, gdy prezydent zwracał się do centrum. Sugerował w marcu w „Super Expressie”, że reforma sądownictwa na poziomie komunikacji powinna być inaczej rozegrana, we „Wprost” – że zastanawiałby się, czy wetować ustawę o związkach partnerskich. Choć na początku usiłował doprowadzić do odwołania szefa telewizji Jacka Kurskiego, na koniec oddał się pod jego opiekę. Tym samym musiał uznać, że jako polityk PiS może wygrać jedynie, szczując na LGBT, elity, warszawkę i krakówek oraz kierując swój przekaz do elektoratu tradycyjnego, małomiasteczkowego, oczekującego wsparcia od państwa. Zapewne już jako prezydenta takiej Polski zapamięta go historia.

Ta kampania wyborcza mogła utwierdzić Andrzeja Dudę w przekonaniu, że przez tę część społeczeństwa będzie traktowany jak wielki polityk. Każda próba wyjścia poza ten krąg skończy się gwizdami i okrzykami: „Tu jest Polska!” – jak wówczas, gdy w Łowiczu dżentelmeńsko pogratulował Rafałowi Trzaskowskiemu wejścia do II tury.

Dziś, mimo iż Andrzeja Dudę poparło około 10,5 mln wyborców, bez Prawa i Sprawiedliwości oraz ideologii Jarosława Kaczyńskiego jest zaskakująco samotny. Nie zaprezentował żadnej nowej idei poza ogłaszaniem elementów programu PiS. Nie stworzył żadnego politycznego zaplecza w partii.

W pierwszej kadencji próbował współpracować z częścią opozycji (z Pawłem Kukizem), teraz wyraźnie śle miłe słowa ku Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, któremu po raz kolejny odebrał wieś, ale nie bardzo wiadomo, do czego tego skromnego potencjału może użyć. Stworzył po raz kolejny polityczny tandem z premierem Mateuszem Morawieckim, który w kampanii zamiast niego wypowiadał największe nonsensy, ale pozycja Morawieckiego w PiS i rządzie jest uzależniona od kaprysu prezesa.

Kancelaria Prezydenta mimo relatywnie młodego wieku pracowników sprawia wrażenie domu pogodnej starości pomieszanego z biurem pośrednictwa pracy dla prominentnych urzędników. Dla ambitnych polityków to boczny tor.

Czy PiS jeszcze potrzebuje Dudy?

Przez pięć lat prezydent Duda zdawał się nieustannie drżeć o swoją drugą kadencję, czy też raczej – jak sam to określił w swoim drugim „orędziu” przed Pałacem Prezydenckim – o to, by „nie odejść w niesławie”. Teraz powinien zyskać wolną rękę i odrobinę więcej śmiałości. Na ile jednak potrzebuje go PiS?

W wyborach prezydenckich w kalkulacjach liderów PiS bardziej chodziło o to, by nie wygrał kandydat opozycji i wraz Senatem nie stworzył bariery na drodze PiS, niż o to, aby wybrać Andrzeja Dudę dla jego szczególnych przymiotów. PiS najważniejsze sprawy pozwalające mu kontrolować państwo już przeprowadził. Zapowiedzi o tworzeniu stu okręgów wyborczych, podziale Mazowsza czy ustawy o repolonizacji mediów na razie wyglądają na odgłosy potriumfalne, a nie polityczne pomysły, które PiS chciałby bezwzględnie zrealizować. To, że Jarosław Kaczyński demonstracyjnie spóźnił się na ceremonię przekazania uchwały PKW o wyniku wyborów w Zamku Królewskim, trudno uznać za coś innego niż znak, że status Andrzeja Dudy wewnątrz PiS się nie zmienił.

Silny prezydent dopiero po porażce PiS

Prezydent Duda z niecierpliwością czekać będzie zapewne na wynik wyborów prezydenckich za oceanem. Przegrana Donalda Trumpa może okazać się polityczną katastrofą i dla Andrzeja Dudy, i dla polityki zagranicznej spod flagi „dobrej zmiany” w ogóle.

Z jeszcze większym niepokojem będzie śledził sytuację gospodarczą w popandemicznej Polsce. PiS przez ostatnie pięć lat wykorzystywał nie tylko dobrą koniunkturę, ale również to, co pozostawili mu w spadku poprzednicy, głównie politycy PO-PSL, w tym uporządkowane finanse publiczne. Nadchodzą jednak trudniejsze czasy. Nie wiadomo, czy zostanie spełniona obietnica prezydenta o 14. albo i 15. emeryturze, która mogła mieć wpływ na jego reelekcję. A za ewentualny kryzys będzie odpowiedzialny już nie Donald Tusk i złodzieje z PO, którzy kradli VAT, ale Mateusz Morawiecki i prezydent Duda związany z partią na dobre i złe.

Być może wygrana Andrzeja Dudy to ostatnie takie zwycięstwo PiS. Paradoksalnie porażka obozu Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych w 2023 roku stworzyłaby dla prezydenta Andrzeja Dudy szanse na samodzielną silną pozycję polityczną. Prezydenta, który umożliwiłby utworzenie rządu faktycznie mniejszościowego – jak w 2005 roku, czy też parasola ochronnego dla własnej formacji i jej polityków do 2025 roku. Tylko w takich okolicznościach może wyrosnąć na nowego lidera PiS.

źródło: wyborcza.pl

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button